Inspiracją do jej napisania był dla mnie pomnik stojący pośród londyńskiego dworca przy Liverpool Street. Wykonany z brązu, przedstawia grupę dzieci z Kindertransportu; są w różnym wieku i stoją razem z małymi walizkami u boku. Ten widok jest niewiarygodnie poruszający.
Książka jest tak fascynująca, że zatrzymanie się w dowolnym momencie jest niemożliwe. Musisz czytać dalej, aby dowiedzieć się, co się jeszcze wydarzy. Następujące po sobie wydarzenia intrygują, a niespodzianki nie kończą się, dopóki książka się nie skończy. Opowieść jest tak realistyczna, że wydaje ci się, że czytasz pamiętnik zamiast powieści.
Dwoje dzieci, na których koncentruje się historia, zostaje wysłanych do Anglii, aby zamieszkać z wdową po krewnym. Elizabeth była katolicką Irlandką, która poślubiła brytyjskiego Żyda i osiedliła się w Anglii, ponieważ matka Elizabeth nie aprobowała jej małżeństwa. Po śmierci męża w czasie I wojny światowej kształciła się na nauczycielkę i przez wiele lat mieszkała w Liverpoolu. Kiedy otrzymała list od kuzynki jej zmarłego męża z prośbą o przyjęcie dwójki dzieci uciekających z okupowanych Niemiec, nieoczekiwanie dla samej siebie, zgodziła się. Po tym, jak ich dom w Liverpoolu został zbombardowany przez Niemców, przenieśli się z powrotem do Irlandii, gdzie w małym miasteczku osiedliła się cała kolonia żydowskich uchodźców.
Przeczytałam znakomitą fikcyjną, ale bardzo dokładną relację o tym, jak wiele żydowskich dzieci zostało uratowanych od pewnej śmierci. Tak wiele dzieci nie miało krewnych, którzy by się nimi zaopiekował. Większość poszła do domów zupełnie obcych ludzi. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to było, gdy rodzice wsadzali swoje maleństwa do pociągu zabierającego je do innego kraju pod opiekę nieznajomych, aby chronić dzieci przed okropnościami wojny.
Pokochałam tę emocjonującą książkę, pełną miłości i akceptacji oraz pomijania różnic, aby sobie nawzajem pomagać.



